Maria Śliwa od wielu lat fotografuje przede wszystkim ludzi. I choć w jej dorobku znajdziemy solidne fotograficzne wykształcenie, członkostwo w Związku Polskich Artystów Fotografików i wiele wystaw, to jej historia z fotografią zaczęła się w sposób nieoczywisty.. Jak sama wspomina, kiedy trafiła do szkoły fotograficznej, nigdy wcześniej nie miała aparatu w rękach.
Z czasem człowiek stał się najważniejszym bohaterem jej fotografii. Już pierwsza wystawa „Promyczki” była zbiorem czarno-białych portretów dzieci. Później powstawały kolejne projekty poświęcone relacjom, przemijaniu i ludzkiej codzienności. W projekcie „Homo Gemini” Maria Śliwa co kilka lat wraca do tych samych bliźniąt, obserwując poprzez fotografię, jak zmieniają się oni sami i otaczający ich świat. Szczególne miejsce w jej życiu zajmują podróże. Indie, Uzbekistan, Japonia, Kuba, Maroko, Turcja, Wietnam, Senegal, Kolumbia, Peru, Boliwia… To właśnie podczas takich wypraw powstawały portrety, które złożyły się na wystawę „Tam, gdzie ludzie”.
Ale podróżowanie Marii Śliwy nie przypomina fotograficznego polowania na efektowne kadry. Sama podkreśla, że fotografia nie jest najważniejszym celem podróży. Najważniejsze jest spotkanie, poznanie człowieka i próba zrozumienia świata, w którym żyje. Aparat pojawia się dopiero później.
Co ciekawe, mimo fotograficznego doświadczenia i klasycznego warsztatu, w podróży nie potrzebuje torby pełnej profesjonalnego sprzętu. Często wystarcza jej niewielki aparat, a czasem po prostu telefon. Bo dobre zdjęcie - jak pokazuje jej twórczość - nie zaczyna się od sprzętu. Zaczyna się od ciekawości drugiego człowieka.
I właśnie dlatego jej obecność na Targach Foto Video w Katowicach jest szczególnie ciekawa. Spotykają się tutaj dwa pozornie różne światy: fotografia budowana przez lata na uważnej obserwacji człowieka oraz współczesna kultura, w której aparat mamy zawsze w kieszeni, a najczęściej fotografowaną osobą coraz częściej jesteśmy my sami.
Czy telefon może być pełnoprawnym narzędziem fotografa? Czy potrafimy jeszcze naprawdę patrzeć na ludzi? Jak zrobić portret osoby, która kontroluje swój wizerunek?
O człowieku przed obiektywem, podróżach, spotkaniach i o tym, co wydarza się „tam, gdzie ludzie”, porozmawiamy z Marią Śliwą.

„Tam, gdzie ludzie” - dlaczego właśnie ludzie? Co jest w człowieku ciekawsze niż najpiękniejszy krajobraz, architektura czy egzotyczne miejsce?
Człowiek interesuje mnie odkąd pamiętam. Już jeżdżąc jako dziecko na kolonie czy obozy byłam ciekawa drugiego człowieka i jego historii. Odkąd zaczęłam fotografować najchętniej kierowałam aparat na ludzi. Jako fotograf usługowy ze szczerą radością wykonywałam i wykonuję wszelkiego typu sesje dla klientów. Moje zainteresowania artystyczne, bez chłodnej kalkulacji, z głębi serca, też zawsze kręciły się wokół człowieka.
Pierwsza wystawa, która miała miejsce w 1990 roku to fotografia dziecięca. Prawie wszystkie, ważne dla mnie cykle wystawowe mówią o człowieku. Wystawa pt. “Panopticum” to analogowe fotografie wykonane techniką własną, które przez niewtajemniczonych mogą być odbierane jako fotomontaże komputerowe, powstały w 1999 roku będąc owocem moich rozważań na temat relacji pomiędzy płciami i pokoleniami. Świat kobiet i świat mężczyzn, podobnie jak świat ludzi młodych i świat ludzi starszych, mimo znaczących różnic, oddziaływują na siebie i przenikają się.
Kolejny, istotny dla mnie, czarno-biały, analogowy cykl fotografii pt. “Relacje” też dotyczył człowieka i jego sfery duchowej. Mówił już nie generalnie o płciach, a o relacjach uczuciowych konkretnych osób, które czasem są w bliskich, choć nie zawsze łatwych związkach.
Na ludzi kierowałam też aparat spędzając długie miesiące w Domu Pomocy Społecznej tworząc m.in. cykl pt. “Ewa”, mówiący o opiekunce pracującej w tym ośrodku, czy ”Jestem!”, w którym opowiadam historie czterech mieszkańców tego Domu.
Od 2011 roku tworzę projekt “Homo Gemini”, w ramach którego fotografuję bliźniaków w ich pokojach. Co kilka lat wracam do nich z aparatem, obserwując zmiany w ich fizjonomii i otoczeniu. Wystawa “Tam, gdzie ludzie” to po prostu kontynuacja mojego naturalnego zainteresowania ludźmi w połączeniu z moją największą pasją, jaką są podróże.

Powiedziała Pani kiedyś, że została fotografem właściwie przez przypadek i wcześniej nawet nie trzymała aparatu w rękach. Pamięta Pani moment, w którym pomyślała: „to jest moje”?
Gdy po liceum nie pojechałam na egzamin na nietypowe studia, które wymyśliła dla mnie wierząca we mnie bardzo, moja kochana nauczycielka francuskiego, pani Ewa Nowak, “zaczepiłam się”, zakładając że może tylko na rok, w Policealnym Studium Fotograficznym w Katowicach. Nie miałam aparatu ani pojęcia o fotografowaniu. Atmosfera tej szkoły była jednak tak wspaniała, mocno wyluzowana, a fotografowanie okazało się bardzo wciągające i dawało szansę na niezależność i wolny zawód, więc po pierwszym roku już wiedziałam, że chcę żyć z fotografii. Problemem był jedynie brak możliwości zdobycia wyższego wykształcenia, co było dla mnie istotne. Wkrótce dowiedziałam się o Instytucie Twórczej Fotografii na Uniwersytecie Śląskim w Opavie, a potem też pojawiła się możliwość studiowania fotografii na łódzkiej filmówce, więc skończyłam te uczelnie.

Podróżowała Pani już jako bardzo młoda osoba i często robi to Pani również dzisiaj samotnie. Co takiego daje samotna podróż, czego nie daje wyjazd z grupą?
Mój dobry Tata był podróżnikiem i zaraził mnie tą pasją. Na kopalni “Dębieńsko”, gdzie był ekonomistą, już gdy byłam dzieckiem założył tzw. klub motorowy i organizował samochodowe wyjazdy po Polsce lub po Węgrzech. Uwielbiałam wyjazdy do zadbanego, pełnego neonów i oświetlonych mostów, Budapesztu. Jeździliśmy maluchem. Mój Tata organizował też wycieczki autokarowe dla pracowników. Wtedy można było jeździć tylko po krajach socjalistycznych. Byłam z nim kiedyś na interesującej wycieczce pociągiem. Nocą spało się i jechało, a za dnia zwiedzało się stolice: Pragę, Budapeszt, Bukareszt, Sofię i nadmorskie kurorty. Pamiętam, jak Tata opowiadał mi o podróżach po republikach radzieckich, o kozach na pokładzie małych samolotów na lotach wewnętrznych!
Mając 21 lat jechałam maluchem ze znajomym do Grecji. Na granicy w Medyce staliśmy 12 godzin. Teraz podróże stały się bardzo łatwe i dostępne. Mamy świetny, polski paszport, do bardzo wielu krajów nie potrzebujemy wizy. Grzech nie podróżować! Dla mnie jedynym realnym ograniczeniem jest czas. Pieniądze oczywiście nie są bez znaczenia, ale można starać się nie wydawać fortuny. Gdy jeżdżę sama nieraz śpię w hostelach, na salach wieloosobowych. Zawsze najwięcej wydaję na przemieszczanie się, bo zależy mi by dotrzeć w jak najwięcej miejsc w danym kraju. Dlaczego często podróżuję samotnie? Dobrze czuję się ze sobą, ufam sobie i po prostu działam! Mąż nie może sobie pozwolić na częste wyjazdy ze względu na pracę. Moje dzieci są dorosłe. Gdy były młodsze często zabierałam je ze sobą, ale prawda jest taka, że podróż w grupie lub z drugą osobą ma zupełnie inny charakter niż podróżowanie w pojedynkę. Gdy jestem sama nie skupiam się na towarzystwie, a zagłębiam się w środowisko - więcej widzę, bacznie obserwuję, nieporównywalnie częściej wchodzę w relacje z napotkanymi ludźmi, jestem ich ciekawa a oni mnie. Swobodnie dysponuję swoim czasem, działam w zgodzie ze sobą, nie muszę dostosowywać się do grupy.

Wystawa pokazuje ludzi z Kolumbii, Senegalu, Indii, Uzbekistanu, Japonii, Wietnamu, Peru i wielu innych miejsc. Czy pamięta Pani jedno wyjątkowe spotkanie, którego nigdy nie zapomni - nawet gdyby nie powstało z niego żadne zdjęcie?
Wystawa “Tam, gdzie ludzie” po raz pierwszy była pokazana we wrześniu 2025 ale jeszcze 2 miesiące wcześniej absolutnie nie planowałam robienia kiedykolwiek i gdziekolwiek takiej wystawy. Gdy jakiś czas po emisji programu Izoldy Czmok “Dej pozor” w TVP Katowice, z moim udziałem, dostałam propozycję ekspozycji portretów ludzi spotkanych w podróży, obruszyłam się, że ja przecież nie mam co pokazać, bo podróżuję dla przeżyć, a nie dla fotografii. Nie zabieram z sobą profesjonalnego sprzętu, a zdjęcia robię wyłącznie dla swoich wspomnień, no i że nie wypada mi robić takiej wystawy, bo przecież to nic takiego a wszyscy podróżują. Ja czułam się spełniona właśnie za sprawą fajnych przeżyć, spotkań z ludźmi i nie czułam potrzeby przekonywania świata, że robię coś ekstra! A spotkań pięknych było wiele. Czasem były to spotkania bez słów, które po prostu niosły dobrą energię, “robiły mi dzień”. Z największym sentymentem wspominam jednak relacje z Kolumbijczykami. Nie sposób teraz to opisać! Podróżując samotnie po Kolumbii, docierając do Indian Wayuu na Półwyspie La Guajira, do Kogis w Górach Nevada de Santa Marta, do wiosek na wodzie czy podczas zwykłego podróżowania po kraju lub robienia zakupów czy w miejscach, gdzie się zatrzymywałam na nocleg spotykałam ludzi tak życzliwych, serdecznych, chętnych do pomocy, że serce mi rosło, czułam się wręcz euforycznie szczęśliwa. Nie opiszę teraz jednego spotkania, ale wszystkie najlepsze miały miejsce właśnie w Kolumbii.

Kiedy widzimy fascynującą osobę gdzieś na ulicy w Indiach czy Senegalu, bardzo łatwo jest po prostu podnieść aparat. Fotografuje Pani ludzi różnych kultur, religii i języków. Jak porozumieć się z człowiekiem, z którym czasami nie można zamienić nawet jednego wspólnego słowa?
Czasem zdarza się, że nie robię zdjęcia, chociaż wiem, że byłoby atrakcyjne. Mam w głowie obrazy, których nigdy na matrycy nie zarejestrowałam. Nie za bardzo jestem zainteresowana robieniem zdjęć, jeżeli ktoś żąda opłaty lub wyczuwam jego wrogość. Generalnie jednak staram się wysyłać dobrą energię, a szczery uśmiech, chęć poznania i zrozumienia otwiera wiele drzwi. Moim fotograficznym mistrzem jest Zofia Rydet (1911-1996), autorka m.in. olbrzymiego cyklu “Zapis socjologiczny”. Znałam ją osobiście i choć czasem zarzucano jej nachalność przy fotografowaniu, gdy bez zapowiedzi wchodziła do domów i fotografowała ich mieszkańców wiem, jakim szacunkiem darzyła fotografowane osoby. To dzięki niej na dziesiątkach tysięcy negatywów mamy zarejestrowany prawdziwy obraz ludzi i ich domów, który bez “fotograficznej odwagi” nigdy by nie powstał.
Podróżuje Pani z telefonem i małym, nieprofesjonalnym aparatem. To może zaskakiwać w przypadku członkini ZPAF i absolwentki Filmówki. Nasuwa się proste pytanie…dlaczego?
Mnie uszczęśliwia samo podróżowanie, poznawanie świata i ludzi. Fotografię traktowałam jako notatki, by zachować wspomnienia. Nie planowałam publicznych pokazów zdjęć z podróży. Podróżuję z bagażem podręcznym. Bardzo dużo się przemieszczam, często sama, po nocy. Bagaż muszę mieć na tyle lekki, by mnie nie ograniczał. Nie chcę też, gdy jestem sama, być łatwym łupem złodziei. Czasem nocuję w hostelach. Staram się ograniczać ryzyko i być maksymalnie wolnym człowiekiem. Moje fotografie z podróży mają charakter reporterski, czasem to po prostu szybka fotografia uliczna. Gdy zaproponowano mi wystawę miałam duże obawy, czy mam dobry materiał. Wiele istotnych fotografii ze względów technicznych byłam zmuszona odrzucić. To nie jest tak, że ja gardzę dobrej jakości sprzętem. Gdy robię sesję dla klienta pracuję inaczej niż gdy jestem w podróży.

Przez lata fotografowała Pani analogowo. Dziś robimy po kilkadziesiąt zdjęć w ciągu kilku minut. Jak zmienił się Pani warsztat przez te lata, czy przez dostępność i łatwość tracimy coś z ducha starej magicznej fotografii ?
Uczyłam się fotografii wpierw na rosyjskim Zenicie a potem miałam szczęście pracować i wykonać tysiące ślubnych sesji plenerowych na kupionym w sklepie dla górników japońskim aparacie Yashica Fx-D quartz. Następnie, intensywną pracą, wykończyłam migawki w dwóch Nikonach F90x! To były dla mnie fotograficznie piękne czasy!
Studiując fotografię, czasem bez snu dwie doby wykonywałam w ciemni analogowe powiększenia.
Teraz fotografia jest dostępna dla wszystkich i bardzo prosta. Z sentymentem wspominam miniony czas, ale cieszy mnie ten postęp, aparaty w komórkach, możliwość szybkiego wydruku itd.
W Technikum Fotograficznym, w którym pracuję, wciąż uczymy także fotografii analogowej. Nasi uczniowie naświetlają negatywy, wywołują je, wykonują odbitki pod powiększalnikiem. Mają też możliwość uczestniczenia w warsztatach z tzw. technik szlachetnych.
Możliwości podejścia do fotografii jest wiele i każdy ma możliwość decydowania jaki rodzaj fotografii wybiera.
Jest Pani nauczycielką fotografii. Co najtrudniej dziś przekazać młodym ludziom, którzy od dzieciństwa mają aparat w kieszeni?
Jako nauczyciel staram się zwracać uwagę na to, by wpierw poznać dobre, rzemieślnicze podstawy, a potem szukać konsekwentnie własnej drogi twórczej bez ulegania chwilowym modom. Nie kopiować innych, mieć odwagę być sobą, zadbać o swój rozwój i świadomość. Uważam, że istotna jest też znajomość historii fotografii i szacunek do spuścizny minionych pokoleń.

W dzisiejszych czasach selfie jest najbardziej masową odmianą portretu w historii fotografii. Czy Pani zdaniem selfie można nazwać fotografią portretową?
Tak, oczywiście jest to fotografia portretowa. Myślę, że badacze kiedyś opracują temat, jak selfie zmienia się na przestrzeni lat; np. raz modne są selfie przy użyciu selfie sticka, innym razem trzeba przybrać daną minę lub wykonać określony gest. Socjologicznie to bardzo ciekawe zjawisko. ;)
Fotografuje Pani ludzi od kilkudziesięciu lat. Czy człowiek przed obiektywem zmienił się przez ten czas? Czy dziś zachowujemy się przed aparatem inaczej niż w latach 80. czy 90.?
Różnie to bywa. Każdy człowiek jest inny, ale myślę, że w dobie internetu i sztucznej inteligencji coraz więcej osób boi się, że ich wizerunek może być gdzieś użyty niezgodnie z ich wolą i nie chcą być fotografowani. Czasem też portretowane osoby oczekują przesadnego retuszu.
Na zdjęciach z „Tam, gdzie ludzie” często widzimy osoby żyjące znacznie skromniej niż Europejczycy, a jednak wiele fotografii emanuje pogodą i radością. Czy podróże zmieniły Pani definicję szczęścia?
Dla mnie szczęście to spokojna głowa. Nigdy nie uważałam, że aby być szczęśliwym trzeba mieć. Moja Babcia, która praktycznie mnie wychowała, niewiele miała, a zawsze była pogodna i szczęśliwa. Gonimy za dobrami materialnymi często zaniedbując to co naprawdę jest ważne i daje szczęście. Moim zdaniem ważne są relacje międzyludzkie.
Oczywiście, że w podróży spotykam ludzi, którzy są radośni mimo bardzo skromnego życia. Gdy np. byłam w chatkach z patyków na surowym, pustynnym półwyspie Kolumbii La Guajira miałam kontakt z niezwykle radosnymi, przyjaznymi ludzi, którzy nie mieli nic prócz hamaków do spania, bardzo skromnych posiłków i siebie.

I na zakończenie, w czasie targów poprowadzi Pani prelekcję pod tym samym tytułem co ostatnia wystawa: „Tam, gdzie ludzie…” — proszę dokończyć to zdanie. Tam, gdzie ludzie, tam… co?
Chciałabym, by prawdziwe dokończenie tego zdania mogło brzmieć: “tam pokój i wzajemna życzliwość”. Niestety, na razie mogę tylko powiedzieć, że “tam moja skromna osoba z ciekawością drugiego człowieka”.