Czy naprawdę istnieje „najlepsze zdjęcie”? Dlaczego kadr niemal perfekcyjny pod każdym względem potrafi przegrać, a inny, pozornie mniej oczywisty, zatrzymuje całe jury? I co właściwie dzieje się po drugiej stronie stołu, kiedy zapada decyzja?
Rozmawiamy z Martą Łosiewicz, fotografką fine art specjalizującą się w portrecie i fotografii scenicznej, jurorką międzynarodowych konkursów (m.in. WPE i Portrait Photography Awards) oraz mentorką fotografów. Marta ma na koncie wiele międzynarodowych nagród, tytuły Grand Master, miejsce w światowym TOP 10 WPE, a w 2026 roku tytuł ZWYCIĘZCY w 35AWARDS, jednym z największych konkursów fotograficznych na świecie. Na naszych targach wystąpi z dwiema prelekcjami: „Jak podbić świat konkursów fotograficznych” i „Fotografuj bez strachu”.
Marta zna świat konkursów z trzech stron. Przez lata sama wysyłała zdjęcia i czekała na wyniki. Dziś ocenia prace fotografów z całego świata. A w 2020 roku stworzyła międzynarodowy konkurs fotografii dziecięcej i rodzinnej MCPA, który prowadziła do czerwca 2026 roku.
Zaglądamy za kulisy jury, ale konkursy są tylko punktem wyjścia. Rozmawiamy też o strachu przed pokazaniem swojej pracy, porównywaniu się z innymi i szukaniu własnego języka w czasach tych samych presetów, algorytmów i narzędzi AI. I o tym, czy zdjęcie ze smartfona może zrobić na jurorce większe wrażenie niż perfekcyjny kadr z aparatu za kilkadziesiąt tysięcy złotych.

Rzadziej, niż by chciał, i częściej, niż jury by się przyznało. Jurorzy to ludzie, więc czasem coś umyka. Ale najczęściej zdjęcie nie przegrywa dlatego, że jest słabe. Przegrywa, bo w tamtym zestawieniu, w tamtej kategorii i tamtego dnia coś innego mówiło mocniej. Sama przez lata myślałam „oni się nie znają”. Dopiero kiedy usiadłam po drugiej stronie, zrozumiałam, jak często się myliłam. I że czasem jednak miałam rację. Jak odróżnić jedno od drugiego, opowiem na scenie.
Mniej, niż fotografom się wydaje. Przy tysiącach zgłoszeń pierwsza selekcja to naprawdę sekundy. To nie brak szacunku, tylko rzeczywistość dużych konkursów. Dlatego zdjęcie musi zatrzymać, zanim zdąży się wytłumaczyć. A co zauważam jako pierwsze? Na pewno nie technikę. Coś, co jest przed nią. Resztę zdradzę na prelekcji, bo to jeden z tych momentów, kiedy sala zwykle robi „aaa…”.

Tak. I często nie są to zdjęcia złe. To zdjęcia poprawne, które widziałam już sto razy w tym samym tygodniu. Poprawność to dziś punkt wyjścia, a nie przewaga. Dobra wiadomość jest taka, że większość powodów szybkiego odpadnięcia da się wyeliminować, jeśli się o nich wie.
Nie istnieje obiektywnie najlepsze zdjęcie. Istnieją za to zdjęcia obiektywnie przemyślane. Warsztat da się ocenić dość precyzyjnie, emocję i ideę już nie. Dlatego dobre konkursy mają wielu jurorów z różnych krajów i kilka etapów oceny: gust jednej osoby się rozmywa, a zostaje to, co działa na większość. I powiem szczerze: gust jurora nigdy nie znika całkowicie. Uczciwy juror wie, gdzie jest jego gust, i świadomie go odkłada.

Tak, i to całkiem niedawno. Broniłam zdjęcia, które czułam, mimo że większość jury miała innego faworyta. Nie znaczy to, że inni go nie czuli. Po prostu nie było dla nich wystarczająco mocne. I wtedy trzeba umieć wytoczyć działa. Samo „mnie się podoba” nic nie znaczy. Potrzebne są konkretne argumenty, które sprawią, że inni zobaczą i poczują to samo co ja, patrząc na ten obraz. To zresztą jedna z najciekawszych części pracy w jury: nie wystarczy czuć, trzeba umieć to przełożyć na słowa.
Tak, i ma to ogromne znaczenie. Nie każdy konkurs jest dla każdego i nie każda kategoria jest tą jedyną dla danego zdjęcia. Tu potrzeba świadomych decyzji i strategii, a nie zgłaszania „na chybił trafił”. Kiedy rozumiesz, jak działa cały proces, dużo łatwiej konkurować, bo wiesz, dlaczego coś wygrywa, a coś odpada. Dokładnie o tym opowiem na prelekcji.

Kiedyś na pewno nie. Artystka wybierała zdjęcie, które najwięcej ją kosztowało i które najbardziej kochała. Jurorka wybiera zdjęcie, które zadziała na kogoś, kto nie zna ani mnie, ani historii jego powstania. I wszystko zależy od tego, do jakiego konkursu je zgłaszam i kto w nim ocenia. To samo zdjęcie może być idealne w jednym konkursie i zupełnie nietrafione w innym. Dziś te dwie Marty coraz częściej się zgadzają i to chyba największa lekcja z lat spędzonych po obu stronach stołu. Ale zanim się dogadały, było kilka ciekawych kłótni.
Dla fotografa ogromne. Dla jury prawie żadne, bo jury ocenia to, co widzi. Zimna woda nie trafia do kadru, chyba że trafia. I na tym polega cała sztuka: żeby wysiłek zamienił się w coś, co widz czuje, zamiast o tym czytać. Tam, gdzie konkurs pozwala na opis, historia może pomóc. Ale nigdy nie uratuje zdjęcia, które samo nic nie mówi.

Może, i zdarza się to częściej, niż ludzie myślą. Mówię to jako osoba, która od 2009 roku fotografuje Sony i naprawdę kocha dobry sprzęt. Sprzęt podnosi sufit możliwości, ale nie zastąpi pomysłu. Zdjęcie ze smartfona musi mieć to, czego nie da się kupić: moment, relację, odwagę spojrzenia, światło, które ktoś zauważył, zanim inni przeszli obok. Kiedy to jest, przestaję myśleć o tym, czym zostało zrobione.
Po tym, że po trzech zdjęciach wiem, że to on, nawet bez podpisu. Presety dają wygląd, ale nie dają spojrzenia. Najlepiej widać to w seriach: jedno dobre zdjęcie może się zdarzyć, ale spójny, rozpoznawalny język nie jest przypadkiem. AI potrafi wygenerować ładny obraz. Nie potrafi przeżyć Twojego życia i to jest Twoją największą przewagą.
Ten temat jest mi tak bliski, że poświęciłam mu cały ebook. „Dawid w marmurze”, który wydaję tej jesieni, skupia się właśnie na tym, jak odkryć siebie i swój unikalny styl. Tytuł nie jest przypadkowy: twój styl już w tobie jest, trzeba tylko odłupać to, co zbędne. Po lekturze każdy czytelnik będzie wiedział, jak to zrobić.

Że ktoś w końcu „odkryje”, że wcale nie są tak dobrzy. Że inni są lepsi, szybsi, mają więcej klientów. Że pokażą coś osobistego i zostanie to wyśmiane. I zaskoczę: ten strach nie znika z kolejnymi nagrodami. Pamiętam dokładnie wieczór, kiedy siedziałam z palcem nad przyciskiem „wyślij” przy moim pierwszym konkursie. Co się wtedy wydarzyło i czego mnie to nauczyło, opowiem na scenie.
Boli, zawsze. Ale dużo mniej niż kiedyś. Po pierwsze, mam dziś odwagę nie zgadzać się z nią na głos. Po drugie, wiem, co robię i dlaczego, więc umiem się obronić. A swoich „porażek”, które wolę nazywać lekcjami, nie biorę do siebie. Wręcz przeciwnie, dzięki nim się rozwijam. Każda przede wszystkim mnie motywuje, żeby zrobić więcej, dojść dalej i być bardziej kreatywną.
Mam taki konkurs, duży, którego nazwy nie zdradzę, żeby nie zapeszać. Startowałam w nim trzy razy. Trzy razy byłam w finale i trzy razy się nie udało. I wiecie co? Próbuję dalej. Jedna szansa w roku, jedna szansa na sukces. A ja wciąż pielęgnuję w sobie to marzenie i zamierzam je spełnić. Wiem, że muszę na to zapracować: metodą prób i błędów, analizy i pod żadnym pozorem nie poddając się.

Że konkursy wygrywają „układy” albo wyłącznie najlepsi fotografowie świata. Częściej wygrywają ludzie, którzy myślą strategicznie i nie poddają się po pierwszym „nie”.
Drugi mit: że dziś w konkursach wszystko wolno, także AI. Jedne konkursy na nie pozwalają i powinny mówić o tym głośno i uczciwie. Inne nie pozwalają. I nie wszyscy się na to godzą.
To był jeden z powodów, dla których zamknęłam MCPA. W fotografii dziecięcej AI jest bardzo dużo. Kiedy zaczęliśmy prosić o pliki RAW, żeby porównać je z finalnym zdjęciem, często okazywało się, że AI jest już integralną częścią obrazu. Po wprowadzeniu tego wymogu zgłoszeń nagle zrobiło się dużo mniej. A ja zawsze chciałam wspierać rozwój fotografów, a nie grafik AI. Kochałam ten projekt. Kochałam patrzeć, jak fotografowie z roku na rok się rozwijają i zmieniają. Ale w pewnym momencie uznałam, że czas skupić się na kolejnych projektach.
Na szczęście są kategorie, choćby reportaż, w których fotografia wciąż broni się sama. Dlatego zanim wyślesz zdjęcie, dokładnie przeczytaj regulamin i sprawdź, na co dany konkurs się godzi.
Warto, jeśli wiesz, po co to robisz. Dla mnie konkursy były dowodem, że to, co robię, ma wartość, kiedy budowałam markę od zera w obcym kraju, bez znajomości i sieci kontaktów. Traktuj je jak narzędzie rozwoju, a nie wyrocznię. Wybieraj świadomie, ustal budżet, sprawdź, kto zasiada w jury, i nie mierz swojej wartości jednym wynikiem. Porażka to informacja, a nie wyrok.

Zanim zrobisz zdjęcie, zadaj sobie jedno pytanie: skąd pada światło? Obróć się, obróć osobę, podejdź do okna. Światło to połowa magii i jest za darmo. Po drugie, przetrzyj obiektyw w telefonie, serio. Po trzecie, zrób jedno zdjęcie, zanim ktoś zdąży zapozować. Te zwykle okazują się najlepsze.







